O byciu wystarczająco dobrym. Zapiski z podróży (służbowej)

Jadę, zmierzając na północ Polski. Zrelaksowana, z ciekawą książką na kolanach, oglądam widoki za oknem. To ja dzisiaj.

Jadę, zmierzając na północ Polski. Zrelaksowana, z ciekawą książką na kolanach, oglądam widoki za oknem. To ja dzisiaj.

Chociaż konspekt warsztatów dopracowany, chociaż materiały spakowane do walizki jestem gotowa na to, by odstąpić od swego scenariusza i iść za grupą. Bez spiny. Po prostu wierząc, że nie wszystko musi iść zgodnie z planem. Ba! Może iść zupełnie inaczej, niż zakładam z góry. Bo tak naprawdę jestem otwarta na wszystko co się wydarzy i co grupa będzie potrzebować. Wierząc, że w życiu warto być “wystarczająco dobrym” w tym, co się robi.

„Być wystarczająco dobrym” – ta myśl, spostrzeżenie, odkrycie pojawiło się w mojej głowie i sercu całkiem niedawno. Uczestnicząc w szkole facylitacji „Pathways” zrozumiałam i doświadczyłam co to znaczy wsłuchać się w grupę: nie tylko na poziomie potrzeb merytorycznych, ale przede wszystkim szanując i dostrzegając to, na jakim grupa jest etapie formowania. Co to dla mnie oznacza, jako trenera? Co to może oznaczać dla Was – TTrenerów, Facylitatorów, Szkoleniowców i HRowców?

Gdy nie jest idealnie, jest dobrze!

Jesteś z natury ambitna/y? Świetnie! Tym bardziej podejmiesz wyzwanie, by… przestać się tak spinać. Nie wszystko, co robimy musi być dopięte na ostatni guzik. A już na pewno nie każda minuta prowadzonego warsztatu. Grupa wie czego potrzebuje. Refleksji czy energetycznego ćwiczenia, zadań zespołowych czy indywidualnych, kreatywnej burzy mózgów czy wyciszenia. Intuicja i uważność na grupę podpowie Ci jak reagować. Zadawanie pytań otwartych, np.: „Czego Wam teraz potrzeba?” potrafi zdziałać naprawdę wiele. Może się okazać, że uczestnicy wcale nie chcą maksymalnego wysiłku i zaangażowania facylitatora/trenera. Może wystarczy im „tylko” bycie przy nich, prowadzenie ich (zwłaszcza na początku rozwoju grupy), podpowiadanie jakich narzędzi można użyć na danym etapie pracy, itp. Oni wybiorą to, co dla nich najlepsze.

Zaufanie do siebie = zaufanie do uczestników

Bez zaufania do siebie trudno mówić o zrelaksowaniu otwierając drzwi sali szkoleniowej. Mi pomaga wyciszenie się. Ale nie po to, by szukać w tym odpoczynku, lecz po to, by dopuścić do głosu intuicję. Jeśli czuję się spięta, zestresowana, intuicja podpowiada mi co mogę z tym zrobić. Są takie sytuacje i projekty, w których czuję, że nie będę dobrze się czuła. I nie podejmuję zlecenia (bo nie to miejsce i nie ten czas). Są też takie sytuacje, w których początkowa niepewność przeradza się w ekscytację typu „rzucam się na głęboką wodę, ale fajnie!”. To zaufanie do siebie będzie widoczne na sali szkoleniowej. Z pewnością poczują ją też uczestnicy. Bo dostrzegą to po Twojej postawie ciała, tonacji, pewności wypowiadanych słów. Dlatego zaufanie do siebie, zgoda na to, że przecież można nie wiedzieć wszystkiego, dopuszczanie do siebie intuicji oraz elastyczne i adekwatne reagowanie na energię grupy – to są kompetencje, które warto z pewnością pielęgnować.

Cisza

Usiądź przez 2 minuty na krześle. Koniecznie wśród innych osób. Pozwól sobie na to, by w ciszy ich poobserwować. Niech oni zrobią to samo. Poczuj to. To doświadczenie może przynieść różne uczucia. Mi przyniosło lekkie zniecierpliwienie (bo jestem z tych, co lubią działać), niewygodę a przez to i wzruszenie (bo poczułam jak bardzo czasem pędzę przed siebie nie dbając o swoje zasoby energetyczne). Poczułam też ogromną wdzięczność za to, że mogę znaleźć się w miejscu, w którym jedyne co chcę i mogę to „być wystarczająco dobrym”.

***

Dziękuję ukrytym bohaterom tego wpisu, czyli uczestniczkom i uczestnikowi mojego procesu certyfikacji, a zwłaszcza Karoli i Dorocie za to, że pokazały mi świat facylitacji.

***

 

Źródło grafiki tu.

Pin It

Zostaw komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.